Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Byliśmy, jesteśmy, będziemy

  • Dział: Strategie związkowe

1_MajaMinął pierwszy maja oraz towarzyszące temu dniu demonstracje. Czas podsumować tegoroczne protesty i zastanowić się co z nich wynika. Czy sytuacja lewicy rzeczywiście jest tak tragiczna jak twierdzą niektórzy komentatorzy? Liczebność demonstracji by na to wskazywała, jednak trudno uznać ją za nadrzędną wartość. Wbrew czarnowidzom można nawet powiedzieć - nie jest tak źle.

Trochę historii

Żeby zrozumieć czym jest w Polsce pierwszy maja warto sięgnąć do historii najnowszej. W niej znajdziemy źródła niektórych wciąż występujących zjawisk.

W czasach PRLu pierwszy maja był dniem "jedności narodu", co silnie akcentowano zwłaszcza w latach 80 XX wieku, gdy wspominanie walki o prawa pracownicze było nie na rękę tak zwanej "ludowej" władzy. Święto protestu zamieniono w dzień poparcia dla rządzących, wyrażanego w karnych szeregach i grupach branżowych czy zakładowych. Obok siebie "demonstrowali" partyjni dygnitarze, dyrektorzy oraz zwykli ludzie pracy. Tym samym 1 maja pozbawiono jego klasowego wydźwięku. Czerwony sztandar stał się jedynie rekwizytem, a społeczeństwo przyzwyczajano przede wszystkim do tego, że 1 maja to dzień, w którym dodatkowo odbywają się festyny, jarmarki i różne niezwiązane z ruchem pracowniczym wydarzenia. O samym pochodzeniu święta czy jego tradycjach wspominano rzadko i w wybiórczy sposób. Trudno się dziwić, że większość społeczeństwa zakodowała sobie wówczas panujące po dziś dzień przekonanie, że święto ludzi pracy to przede wszystkim dzień wolny oraz okazja do grilla. Jest ono zresztą do tego stopnia silne, że grill dziś wygrywa nie tylko z demonstracją, ale nawet beatyfikacją Jana Pawła II.

W latach 80 XX wieku pochody można było rzeczywiście uznać za masowe. W większych miastach na ulice wychodziły tysiące ludzi. Zdecydowana większość z nich nie robiła tego jednak z przyczynek ideowych. Podobnie masowymi można dziś nazwać defilady z okazji 3 maja czy 11 listopada. To, że ludzie przychodzą je oglądać wynika już wprawdzie nie z przymusu, ale najczęściej ciekawości i chęci spędzenia wolnego czasu, a nie przywiązania do jakiejkolwiek głębszej idei.

Od roku 1983 w Polsce odbywały się alternatywne dla organizowanych przez władze demonstracje pierwszomajowe. Miały one miejsce między innymi w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku pod hasłami walki o prawa pracownicze oraz przeciwko partyjnej oligarchii. Popierała je działająca wówczas lewicowa opozycja czy anarchistyczny Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. Najbardziej bojowy protest miał miejsce w Gdańsku 1 maja 1985 kiedy to anarchiści rozbili wysłany przeciw demonstrantom oddział ZOMO, poważnie raniąc kilku funkcjonariuszy.

Opozycyjne protesty o wiele mocniej nawiązywały do tradycji robotniczych, choć oczywiście przy odrzuceniu zawłaszczonej przez władzę symboliki. Nigdy nie były jednak masowe. Największa z tych demonstracji, właśnie w Gdańsku w roku 1985 liczyła około 2 tysięcy osób. W większości przypadków protestowało ich kilkaset.

Ta pierwszomajowa tradycja została na początku lat 90-tych skanalizowana przez nowe władze, przy pomocy kościoła katolickiego. "Autorytety" nakazały rezygnację z radykalnych haseł, promując jednocześnie obchodzenie święta Świętego Józefa Rzemieślnika. Demonstracje zamieniono na msze, święcenie sztandarów i podobne uroczystości. Stało się to za zgoda władz NSZZ "Solidarność", które w ten sposób chciały zapewnić spokój nowym "demokratycznym" rządom.
 

Dwa procesy, zawłaszczenia 1 maja przez władze PRL z jednej i zniszczenia robotniczego protestu przez NSZZ "Solidarność" sprawiły, że dziś w Polsce nie ma pierwszomajowej tradycji. Przeciętny Kowalski nie czuje się w tym dniu zobowiązany do demonstrowania, nawet w sytuacji gdy jest wyzyskiwanym pracownikiem.

Ilość nie przechodzi w jakość

Kolejne ważne dla zrozumienia obecnej sytuacji wydarzenia miały miejsce pod koniec lat 90-tych XX wieku. Te czasy są przez niektórych lewicowców stawiane za wzór jeśli chodzi o pierwszomajowe demonstracje. Trzeba przyznać, że były one znacznie liczniejsze od obecnych, jednak liczebność ta nie przechodziła w jakość. Udawało się wówczas zgromadzić nawet kilka tysięcy osób, a w bloku "radykalnym" kilkaset. Problemem był polityczny wydźwięk tego wydarzenia. Co roku pierwsze skrzypce grał Sojusz Lewicy Demokratycznej i jego politycy oraz związkowi biurokraci z OPZZ. Ludzi pracy przybywało niewielu, licznie stawiał się za to aktyw partyjny, poczty sztandarowe organizacji zakładowych OPZZ i tym podobne grupy. Nawiązaniem do rewolucyjnej tradycji był udział kilkuset radykałów, głównie z PPS i Organizacji Młodzieżowej PPS. Czerwone sztandary, radykalne hasła na transparentach, rzeczywiście mogły sprawiać tworzyć wrażenie, że rodzi się jakiś bunt społeczny, a tradycja pracowniczego święta odżywa. Poza upartyjnieniem pochodów był tylko jeden problem - nawet w latach świetności nie niosły one za sobą głębszego przekazu. Wiele osób traktowało starcia z Ligą Republikańską i innymi prawicowymi bojówkarzami oraz okazje do pomachania czerwonym sztandarem jako po prostu dobrą zabawę. Na palcach można było policzyć uczestniczących w demonstracjach działaczy na co dzień realnie biorących udział w protestach społecznych. Nawet w roku 2000, gdy trwała szeroko relacjonowana w mediach kampania blokad eksmisji udział samych bronionych lokatorów był niewielki.

Po roku 2000 radykalna lewica organizowała własne niezależne od SLDowsko-OPZZowskich demonstracje. Od roku 2001 odbywały się też anarchistyczne protesty pierwszomajowe. Warto jednak wspomnieć, że jedne i drugie opierały się przeważnie na działaczach. Znaczna część ruchu anarchistycznego w Polsce nie była wówczas nawet przekonana co do konieczności tworzenia związków zawodowych.

Uczymy się

Akcenty społeczne, powiązane z codzienną działalnością na pierwszomajowych demonstracjach lewicy zaczęły w większym stopniu pojawiać się dopiero po roku 2005, miedzy innymi dzięki Ogólnopolskiemu Związkowi Bezrobotnych, zachęcającemu do udziału w demonstracjach osoby, którym pomagał. 1 maja 2006 większe obchody zorganizował na Śląsku Wolny Związek Zawodowy "Sierpień 80", a co za tym idzie liczniejszy był na nich udział środowisk pracowniczych.

W roku 2007 odbyła się natomiast w Poznaniu demonstracja organizowana przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza z udziałem przedstawicieli załogi zakładów Cegielskiego.

Trudno więc twierdzić jakoby tradycja społecznego protestu pierwszomajowego była w Polsce długa. Odżywa ona dopiero od kilku lat, od kiedy w demonstracjach zaczynają brać udział ci, których lewica broni na co dzień. Można powiedzieć, że frekwencyjnie demonstracje te są oczywiście słabsze niż kiedyś, ale niosą ze sobą bardziej konkretną treść. Masowość nie jest natomiast wartością samą w sobie.

Dlaczego jest źle?

Nie ma jednak co ukrywać - zgromadzenie na różnych demonstracjach pierwszomajowych 100, 150 czy dwustu osób nie jest sukcesem. Wiele osób zestawia je z liczącymi dziesiątki tysięcy uczestników demonstracjami w Berlinie, Paryżu czy Atenach. To marne porównanie, ponieważ z różnych względów tradycje pierwszego maja jako dnia walki mają w Polsce zaledwie kilka lat, podczas gdy w Grecji, Francji czy Niemczech są bardzo mocno zakorzenione.

Jedną z głównych przyczyn słabej frekwencji jest też brak dużych, bojowych związków zawodowych. W Niemczech czy Francji główne centrale, pomimo że ich kierownictwo jest często skorumpowane i umiarkowane, przejawiają jednak pewną aktywność. Są w stanie zmobilizować zwykłych członków związku, którzy należą do niego nie tylko z przyzwyczajenia, lub dlatego, że zapisał ich dyrektor, ale w celu walki o swoje prawa. Nie ma co liczyć iż OPZZ czy NSZZ "S" przyjmą kiedyś taki model. Na 1 maja OPZZ nie potrafi dziś zmobilizować nawet wszystkich pracowników swoich biur. Jedna z głównych central gromadzi na obchodach 1 maja, które organizuje w Warszawie tyle samo osób, co mała Inicjatywa Pracownicza w Nowej Soli. Główne centrale związkowe to dziś w Polsce papierowe tygrysy. Często przełamują zresztą mit zbawiennej masowości podczas swoich demonstracji, nawet gdy uda im się zebrać tysiące ludzi ci drepczą anemicznie pokrzykując kilka ciągle tych samych haseł, prosząc, czytając petycje i kajając się przed autorytetem władzy, kapitalistycznego prawa czy państwa.

Drugą przyczyną słabej frekwencji podczas pochodów w Polsce jest krótka tradycja organizacji społecznych. Stowarzyszenia lokatorskie istnieją na przykład dopiero od 2006-2007 roku. Podobnie jest z istniejącą od roku 2002 Inicjatywą Pracowniczą. Jeśli ktoś oczekuje, że w tak słabo zorganizowanym i nieświadomym społeczeństwie jak Polskie organizacje te w tak krótkim czasie zdobędą tysiące aktywnych działaczy jest naiwny. Nie poniosły one jednak klęski. Wystarczy spojrzeć na liczbę porad prawnych, inicjatyw lokalnych, udział strony społecznej w sesjach rad miast czy prowadzone z tymi władzami lokalnymi negocjacje, żeby zobaczyć iż sytuacja powoli, ale zmienia się na korzyść.
Błędem jest zrzucanie winy za niską frekwencję podczas demonstracji na rozdrobnienie organizacyjne. Oczywiście można powiedzieć, że jeśli dodamy 150 osób z jednego miasta, 100 z drugiego i kolejne 100 z trzeciego będziemy mieli znacznie większy 350 osobowy pochód. To nie działa jednak w tak prosty sposób. Te liczby nie dodają się i czasem lepiej jest zrobić lokalną demonstrację w miejscu gdzie toczy się konflikt społeczny niż zwozić ludzi na machanie sztandarem w Warszawie. Ocena na ile protesty pierwszomajowe w konkretnych miastach były udane to już inna kwestia.

Czas uświadomić sobie, że świętowanie pierwszego maja nie jest wartością samą w sobie. Wieńczy ono całoroczną pracę. Prowadząc konkretną pracę z Janem Kowalskim przekonujmy go, że 1 maja to również jego święto, a raczej dzień w którym powinien walczyć o swoje prawa. Tego nie osiągnie się ani akademickimi debatami ani hurra rewolucyjnymi hasłami bez związku z rzeczywistością.

Piotr Ciszewski

za: lewica.pl