Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Tydzień z życia w skandynawskim raju

Ustawianie głośników przed koncertem Ustawianie głośników przed koncertem

 

Tekst nadesłany z Norwegii przez członkinię naszego związku, Magdalenę Chustecką.

Można śmiało powiedzieć – jestem szczęściarą. Przybiłam do skandynawskiego raju, „ziemi obiecanej” polskich imigrantów - Królestwa Norwegii. Jak blisko 80 tysięcy moich rodaków i rodaczek przyjechałam tutaj w nadziei na lepsze warunki życia. Ponieważ jestem osobą nie władającą językiem norweskim, większość prac jest poza zasięgiem moich możliwości. A jednak nie ma co narzekać – mam pracę. Robię w rozrywce, entertainment, dzielę tę samą branżę z Madonną, Justinem Bieberem i muzykami Black Sabath. Brzmi nieźle, co nie? Zawsze używam tego sformułowania, kiedy chcę zrobić wrażenie na innych, jak to super mi się w pracy za granicą układa.

Pracuję jako stagehand – jestem jedną z kilkudziesięciu, a w trakcie ogromnych imprez nawet jedną z kilkuset pracowników rozstawiających scenę i cały sprzęt: nagłośnienie, światła, scenografię, urządzenia do efektów specjalnych, kilometry kabli. Przejdę zatem do tego, jak wygląda codzienna praca w tym ekscytującym biznesie rozrywki.

16 listopada

(praca od 22 do 00)

Po pobycie w Polsce ląduję na lotnisku Oslo Gardermoen. Bardzo się cieszę, że samolot nie miał opóźnienia, bo wieczorem, za kilka godzin idę do pracy. Pracuję od godziny 22. Zwijamy jakąś imprezę w jednej z większych hal koncertowych w Oslo. Rozmontowujemy wszystko, następnie załadowujemy tym tiry. Wszystko to pod okiem ludzi, którzy jeżdżą z danym zespołem przez całe tournée.

Zwijanie imprez charakteryzuje się bardzo szybkim tempem i trzeba zasuwać jak małe motorki. Zazwyczaj cały ten majdan musi dojechać na następny dzień do Sztokholmu albo Kopenhagi, aby znowu odbył się ten sam rytuał – pół dnia na rozkładanie sprzętu – dwugodzinny koncert – ekspresowe składanie sprzętu. Oznacza to, że goście, którzy są w trasie nawet kilka miesięcy, bywają często rozdrażnieni i sfrustrowani. Niektórzy z tej stałej obsługi zespołów – choć to rzadkie przypadki, aby przetrwać wiele tygodni tej stresującej pracy, wciągają kokainę. Z nimi praca jest najtrudniejsza.

Takie tempo ma jednak swoje dobre strony. Czasami udaje się skończyć pracę szybciej, niż zaplanowano. Podobnie teraz, kończymy o północy, a nie o zapowiedzianej drugiej w nocy. Dla mnie oznacza to zaoszczędzone cenne godziny na sen. Docieram do domu około pierwszej, aby o szóstej wstać do kolejnego zlecenia.

17 listopada

(praca od 8 do 12.30 i od 21 do 00)

Wstaję o 6 rano, gdyż do pracy muszę dotrzeć na 8. Razem z kilkunastoma innymi pracownikami i pracownicami przygotowuję komercyjną imprezę wystawienniczą. Przygotowuję to jednak za duże słowo – stagehand nie jest nikim więcej niż pomagierem, który rozładowuje samochody dostawcze, nosi klamoty z punktu A do wskazanego przez nadzorujących pracę punktu B i je rozkłada. Ciągle jednak można sobie powtarzać, że przecież współpracuje się z Madonną, prawda?

Impreza odbywa się na obrzeżach miasta, zatem włącznie z półtoragodzinnym czasem przejazdu, z powrotem jestem w domu o 14. 6 godzin pozostałych do kolejnego zlecenia trzeba mądrze wykorzystać. Dzielę go na przygotowanie i zjedzenie obiadu oraz nadrobienie deficytu snu z zeszłej nocy.

O 20 wyjeżdżam do pracy – jak zwykle na rowerze. Jako imigrantka pracująca na umowie śmieciowej staram się ograniczać do minimum przejazdy komunikacją publiczną, które w Oslo do najtańszych nie należą (jednorazowy przejazd kosztuje 30 koron norweskich – co jest odpowiednikiem około 15 zł). Bilet miesięczny nie wchodzi w rachubę – dziś są koncerty i jest praca, jutro może być posucha albo podpadnę czymś w robocie i przestanę dostawać zlecenia. To zbyt ryzykowne, aby wydawać z góry dużą sumę pieniędzy na coś, co nie wiadomo, czy będzie wykorzystane. Dodatkowo praca bardzo często kończy się w środku nocy, kiedy autobusy i tak nie kursują i rower jest jedynym środkiem transportu, który pozwala mi wrócić do domu.

Ponieważ sama praca stagehand'a jest pracą fizyczną, powrót na rowerze do domu po przykładowo ośmiu godzinach dźwigania ciężkiego sprzętu i przedreptanych w halach koncertowych kilometrach bywa czasami bardzo męczący. To kolejna praca ciała, które po prostu chce odpocząć. To niesamowite, że pracując w Polsce jako pracownica biurowa, jazda na rowerze, była dla mnie synonimem relaksu i zdrowego trybu życia, a tutaj jest kolejnym niemiłym i koniecznym elementem związanym ze zdolnością dotarcia do i z miejsca pracy.

18 listopada

(praca od 17.30 do 22)

Wczorajsza praca zakończyła się po północy. Poszłam spać przed godziną drugą w nocy. Dziś składam imprezę wystawienniczą (tę samą, którą przygotowywałam wczoraj). Do pracy idę na popołudnie – start o godzinie 17.30. Śpię do godziny 11. To sporo, 9 godzin – wątek snu poruszę jednak w osobnym fragmencie, gdyż jest to kwestia niezmiernie istotna w życiu każdego stagehand'a.

Niezbędne czynności – prysznic, przygotowanie jedzenia, posiłek, sprawdzenie maila. Po 5 godzinach funkcjonowania w domu wsiadam na rower, aby znowu dojechać na obrzeża miasta. W pracy ucinam pogawędkę z kumplem Hiszpanem. Narzeka, że od kilku dni bardzo boli go ramię. Najwyraźniej nadwyrężył bark w wyniku przeciążenia pracą podczas ładowania sprzętu do tirów. Próbuje się oszczędzać, stosując strategię unikania noszenia co cięższego sprzętu. Spytacie, dlaczego po prostu nie zrobi sobie wolnego. Odpowiedź jest ta sama, jak w przypadku niechęci do kupowania biletu miesięcznego. Praca stagehand'a w przemyśle rozrywki jest wyjątkowo niestabilna. Są okresy, gdzie impreza goni imprezę. Później następuje jednak tak zwany sezon ogórkowy. Nie istnieją praktycznie żadne reguły, które pozwoliłyby to przewidzieć z większą dokładnością. Już nawet zbiory truskawek w zimnej Norwegii są czymś bardziej przewidywalnym. Dlatego kiedy jest praca – po prostu trzeba ją brać. Trzeba też odłożyć środki – zabezpieczyć sobie swój własny fundusz na zasiłek dla bezrobotnych, kiedy tej pracy najzwyczajniej nie będzie.

Co więcej, ta najniżej opłacana w Norwegii praca jest domeną imigrantów. A ich w Norwegii przybywa rokrocznie dziesiątki tysięcy. Według oficjalnych statystyk na przełomie lat 2012/2013 pięciomilionową Norwegię zamieszkiwało 449 000 imigrantów. Prawda jest taka, że na twoje miejsce chętnych jest wielu nowoprzybyłych obcokrajowców, którzy wezmą tę robotę z pocałowaniem ręki. Najgorsze to wypaść z ligi, więc niektórzy nawet kiedy zlapią kontuzję albo grypę żołądkową, przychodzą jednak do pracy lecz próbują się po prostu oszczędzać i ukrywać dolegliwości przed brygadzistą/tką. Nie jest to oczywiście możliwe, ponieważ jest to z definicji praca, w której narzędziami są nasze ciała, a podstawową kompetencją – ich sprawność do wysiłku.

Do domu wracam przed północą.

19 listopada

(wolne)

Hura, laba. Dzień wolny. Oczywiście cały czas targa mną niepokój, czy będą kolejne zlecenia. Mentalnie zatem jestem więc ciągle w pracy. Kilkadziesiąt razy dziennie sprawdzam stronę zleceniodawcy, na której pojawiają się propozycje pracy. Poprzez stronę internetową zaznacza się gotowość do jej podjęcia, jednak to dopiero tzw. biuro decyduje o moich losach na najbliższy tydzień, rozdzielając pracę pomiędzy blisko dwie setki tzw. freelancerów. Nie jesteśmy bowiem pracownikami i pracownicami, bo nie jesteśmy zatrudnieni na stałych kontraktach. O tak, freelancer w szołbiznesie – to brzmi ekstra! O ileż lepiej niż prekariuszka na umowie śmieciowej!

Radość odpoczynku w niestabilnej pracy stagehand'a zawsze pozostaje podszyta troską, czy wolne nie będzie trwało za długo. Prace dostaje się z trzy lub dwudniowym wyprzedzeniem, czasami tego samego dnia (z rzadka, pewność zatrudnienia w ramach dużych wydarzeń następuje z dwutygodniowym wyprzedzeniem). Trudno więc cokolwiek zaplanować. Ileż to razy musiałam przekładać spotkanie ze znajomymi, ponieważ okazało się, że muszę pracować. Co dopiero mówić o kursie języka norweskiego bądź jakiejkolwiek innej aktywności wymagającej regularności, skoro nie znam mojego grafiku na najbliższe tygodnie, a dodatkowo praca odbywa się w kompletnie nieprzewidywalnych i zawsze różnych godzinach.

Dziś jednak faktycznie mam wolne – z trudem wyłuskany okruch życia, spędzony wspólnie z moim chłopakiem. Pracujemy w tej samej firmie, jednak nierzadko w zupełnie innych miejscach i godzinach, więc mijamy się. Kiedy ja wychodzę do pracy – on śpi, i na odwrót.

20 listopada

(praca od 8 do 15 i od 22 do 2)

Znowu praca w monumentalnej, mało sympatycznej hali koncertowej. I znowu charakterystyczna cecha zleceń polegających na obsłudze koncertów odbywających się w ramach tournée. Dzień pracy podzielony jest na II części. W pierwszej połowie odbywa się rozładowywanie sprzętu i przygotowanie do koncertu, w drugiej – zwijanie koncertu. Oznacza to dwa razy więcej czasu i wysiłku poświęcone na dojazdy. Jeśli ktoś mieszka blisko miejsca wydarzenia – nie jest to dużym problemem. Niestety, hala koncertowa, gdzie odbywa się dzisiejsza impreza nawet administracyjnie leży już poza Oslo. O 7 rano ruszam na rowerze w trasę do pracy, o 8 rano rozpoczynam rozładowywanie pierwszego tira. O 15 kończymy rozkładanie sprzętu, po 16 docieram do domu. Po drodze niezbędne zakupy spożywcze i higieniczne. 5 godzin w domu – pranie, sprzątanie, przygotowanie i zjedzenie posiłku, sprawdzenie maila, artykuł w gazecie przywiezionej z Polski. O 21 jadę z powrotem na miejsce imprezy. Kończymy o 2 w nocy. Wpada jedna godzina nocna. Do poduszki przykładam się przed czwartą.

I śpię, bardzo długo śpię, aż po przebudzeniu boli mnie głowa. W okresie zwiększonej aktywności zawodowej sen staje się fetyszem. Nic tak nie cieszy jak perspektywa solidnego wyspania się. To taka przyjemność, jak dla innych randka w kinie czy wypad na narty. Sen pozwala zregenerować się po już odbytych zleceniach, ale też daje gwarancję, że będę bardziej sprawna w kolejnych pracach, które nigdy nie wiem, jak długo będą trwały i z jaką intensywnością. Poza tym po wysiłku w różnych porach dnia człowiek najzwyczajniej śpi dłużej niż osoba, która posiada stały plan dnia i kładzie się spać o w miarę regularnych porach.

21 listopada

(praca od 22.30 do 5)

Przyjeżdżam do sali koncertowej o 22. Pół godziny później zaczynam tzw. nocną zmianę. Jesteśmy zamówieni na tzw. połówkę, czyli połowę pełnej zmiany. Mamy pracować maksymalnie 4,5 godziny, czyli do 3 w nocy. Okazuje się jednak, że się nie wyrobimy, więc musimy zostać dłużej. Kolejne nocne godziny będą finansowym zastrzykiem, jednak załadowanie 6 tirów ciężkim sprzętem daje w kość. Co więcej – wydziera się na nas gościu z innej firmy. Nie istnieje między nami partnerska relacja biznesowa. To pracownik firmy, która nas zamówiła, zawsze bowiem pracujemy jako podwykonawcy – pomocnicy. Między nami jest zatem relacja władzy. On mówi (krzyczy) co mamy robić, traktując nas protekcjonalnie jak imbecyli, imigrantów. Dodatkowo – to co świetnie wychodzi mi w ojczystym języku, czyli kąśliwe riposty – tutaj, w obcym języku i w środku nocy, po kilku godzinach dźwigania ton sprzętu, nie chce uformować się w najprostszy komunikat broniący mnie, moich granic i mojej godności. Pozostaję z uczuciem upokorzenia, mnożąc potem w myślach milion scenariuszy, jak to mogłam mu odpowiedzieć. Niestety, tylko w myślach...

22 listopada

(praca od 10.30 do 14 i od 23 do 1)

Poprzednia noc przywitała mnie porankiem. Pracę skończyłam o 5 rano, spać poszłam około 6. Trzeba szybko się wyspać, zregenerować ciało do godziny 8.30. Potem pobudka, szybkie poranne ogarnianie się bez zbędnych ceregieli i o 10.30 kolejna praca. Tym razem mała produkcja w bardziej kameralnym klubie, jednak wygląda na to, że zleceniodawca zamówił za mało osób do pracy. Jest nas piątka, co oznacza, że jeśli 4 osoby rozładowują tira ze sprzętu, który jest układany wielopoziomowo, a waży od 50 kg do 4 ton, to do przewiezienia rzeczy na scenę w lokalu pozostaje zaledwie jedna osoba. To niebezpieczne, a czasami wręcz niewykonalne, biorąc pod uwagę podjazdy, progi itd... Po rozładunku i rozstawieniu sprzętu idziemy do kierowniczki lokalu. Nasz argument dotyczący oszczędności czasu przy większej liczbie osób bierze górę i wieczorem, na zwijanie koncertu pojawiają się dwie dodatkowe osoby. Dla moich pleców to dobra wiadomość.

Ponownie spotykam Gabiego z Hiszpanii. Kontuzja barku nie ustaje, wygląda na to, że pracując właściwie bez przerwy rozwinął się jakiś stan zapalny. Gabi opowiada, że był u kierownictwa spytać się, czy z tytułu kontuzji doznanej w wyniku przeciążenia pracą, przysługuje mu jakieś odszkodowanie. Według naszych przełożonych nie ma takiej możliwości – gdyby miał wypadek, złamał sobie rękę w miejscu pracy - to co innego. Gdyby był pracownikiem na stałe, a nie freelancerem – także mógłby liczyć na zwolnienie i zasiłek choroby. Jednak nie w tych okolicznościach. Gabi pracuje więc dalej.

23 listopada

(praca od 22 do 1)

I znowu długi sen, rekompensujący deficyty po ostatnich dwóch dobach. Cudownie. Do pracy idę na 22. Zwijamy jakąś beznadziejną imprezę – kolesie jeżdżący po rampach na motorach. Krytyczne i refleksyjne myśli trzeba jednak jak najszybciej od siebie odsunąć. Jak tylko zacznie się analizować, ile energii ludzkiej, ile zasobów natury w postaci zużytej energii elektrycznej jest marnotrawionych na niskiej jakości chłam, jeszcze bardziej odechciewa się pracować.

Tego dnia wydarza się w pracy wypadek - jeden z naszych kolegów, Szwed pracujący na wysokości, spada z 4 metrowego rusztowania. Pomoc medyczna odwozi go na ostry dyżur. Tyle dobrze, że to ewidentny wypadek w pracy – może liczyć na zwolnienie i zasiłek chorobowy, w przeciwieństwie do Gabiego...

Mija tydzień od mojego przyjazdu. Perspektywa norweskiej wypłaty, choć jeszcze trzeba na nią poczekać do połowy grudnia, cieszy. Jestem jednak zmęczona. Nie udało mi się spotkać z najbliższą przyjaciółką, a nieliczne wspólne posiłki z chłopakiem trudno nazwać budowaniem relacji.

Prekariat jako stan umysłu, prekariat jako kondycja ciała

Kapitalizm i jego nowe odmiany wyzysku wszędzie trzymają mnie za mordę podobnie, nawet w kraju będącym ucieleśnieniem dobrobytu. Wiem, wiem, tutaj – w przeciwieństwie do pracowników w Polsce (i pracownic, o ile takie w ogóle się w tej branży zdarzają) wszyscy są zatrudnieni legalnie, mamy płacone godziny nocne i nadgodziny. Wiem, wiem, że w Norwegii jest większy rozwój technologiczny, co dla nas oznacza więcej wózków widłowych i większy szacunek dla naszych kręgosłupów. Jednak tutaj – jak wszędzie indziej – prekariat trzyma nas w szachu, w ciągłym poczuciu braku bezpieczeństwa przed utratą zleceń. W ciągłej niepewności. Generując ciągły samowyzysk, ponieważ nikt inny nie każe mi pracować ponad przyjęte na stałych umowach normy czasu pracy poza mną samą. Ponieważ praca staje się systemem totalnym, totalitarnym – gdy jej nie masz, prześladuje cię natrętne pytanie, kiedy się pojawi, kiedy z kolei ją masz, twoje dni stają się bezwarunkowo jej podporządkowane.

W pracy wykorzystujemy nasze ciała. Są one eksploatowane w celu wyprodukowania rozrywki. Kiedy jednak spotka nas kontuzja albo wypadek – tylko my ponosimy tego konsekwencje. Nie chodzi tylko i wyłącznie o okres absencji w pracy, chociażby nawet z gwarantowanym zasiłkiem chorobowym. Złamany w pracy łokieć albo bolące plecy będą doskwierały już zawsze. Znam osoby, które z powodu kontuzji kręgosłupa doznanej w miejscu pracy już nigdy nie będą w stanie pracować fizycznie. Jako osoby zatrudnione na umowie śmieciowej nie mają co liczyć na norweską rentę. Ich ciała zużyły się, jak stary model komórki, zastąpiono je nowymi, lepszymi ciałami.

Jesteśmy modelowym przykładem produkcji i reprodukcji. Całe nasze życie poza pracą staje się podporządkowane pracy – w czasie wolnym trzeba sprawnie zregenerować nasze ciała do kolejnego zlecenia: wyspać się, najeść, wykonać różne czynności higieniczne, wymienić odzież na czystą. Cała nasza praca determinuje to, co możemy robić po pracy, a właściwie wyznacza nam niezliczone ograniczenia. Ich lista nie oznacza tylko braku, bądź znacznie uszczuplonych możliwości rozwijania swoich pasji, aktywizmu, nauki języka (niezbędnej do podjęcia lepiej płatnej pracy na lepszych warunkach). Jest ona także – mówiąc ironicznie – regulatorem płodności. Żadna osoba, która zajmuje się niesamodzielnym potomstwem, nie jest w stanie w tych niestabilnych warunkach utrzymać ciągłości zatrudnienia. Stąd – mimo że Norwegia jest sławiona za likwidację segregacji zawodów wg. kryterium płci – w mojej firmie nie znam praktycznie żadnych matek małych dzieci.

Stagehand'dzi – niczym wyznawcy religii Majów – posługują się nawet innym niż powszechny, specyficznym dla siebie kalendarzem. Nie ma dni tygodnia, miesiąca, dni powszednich i weekendów. Spytała mnie ostatnio koleżanka do kiedy zostaję w Norwegii?

Odpowiedziałam jej na to: „Do Depeche Mode...”

Powrót na górę