Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Greenpeace i eko-liberalizm

Konferencja Klimatyczna w Poznaniu, jaka odbyła się na początku grudnia 2008 roku, zaktywizowała polski oddział Greenpeace. Swoje uderzenie ekolodzy skierowali przeciwko przemysłowi wydobywczemu organizując szereg akcji przeciwko m.in. Zespołowi Elektrowni PAK (Pątnów-Adamów-Konin) zasilanego węglem brunatnym.

Organizacja – mówiąc w skrócie - domaga się, wraz z mieszkańcami niektórych miejscowości przyległych do kopalni, zaprzestania prac zmierzających do poszerzenia odkrywki, a jako alternatywę postuluje odnawialne źródła energii. W tę logikę wpasowała się także niedawna akcja w Warszawie, gdzie działacze Greenpeace, w akcie protestu, wysypali cztery tony węgla pod Sheratonem na pl. Trzech Krzyży w związku z odbywającą się tam konferencją przedstawicieli energetyki węglowej.

1.
Greenpeace podejmując walkę z emisją CO2 wybrał sobie dość łatwego przeciwnika i uproszczoną, liberalną wersję ekologicznych uzasadnień, usuwając ze swojej perspektywy wszelkie problemy społeczne. „W Polsce – mówią działacze - wciąż 90 proc. energii produkowana jest w oparciu o węgiel... Przyszłość bez węgla jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna, bo ten prowadzi do katastrofalnych zmian klimatu...” A co z blisko 150 tysiącami zatrudnionych górników? Od początku lat ’90 zatrudnienie w tej branży skurczyło się w przybliżeniu o połowę, co skutkowało – nie można tego pominąć – dramatycznymi społecznymi konsekwencjami, jakie nastąpiły w pierwszych latach po transformacji, a następnie w okresie 2002-2003. Następstwem tej deindustrializacji było szokujące bezrobocie i obniżenie się poziomu życia milionów ludzi oraz poszerzenie się sfery ubóstwa, rzecz tyle dobrze udokumentowana statystycznie i socjologicznie, co ciągle kwestionowana przez media głównego nurtu.

Polski ruch ekologiczny w większości wypadków nie próbuje jednak dokonać swoistego bilansu między korzyściami dla środowiska naturalnego spowodowanymi upadkiem przemysłu, a w takich warunkach postępującą degradacją warunków życia całych rzesz ludzi, którzy są przecież tego środowiska częścią. Taki stan rzeczy w ujęciu lokalnym i globalnym pozwala bogatej mniejszości cieszyć się z ekologicznego stylu życia pod warunkiem, że biedną większość skazuje się na egzystencję w poniżających i z ekologicznego punktu widzenia wątpliwych warunkach. Za ogólnymi sformułowaniami typu „globalnego zagrożenia klimatycznego”, czy „że człowiek jest odpowiedzialny za katastrofalny stan przyrody”, ukrywa się pewne mechanizmy. Otóż te same siły, które odpowiedzialne są za wyzysk ludzi, odpowiedzialne są za niszczenie środowiska naturalnego. Podobnie jak wyzysk pracy, wyzysk środowiska naturalnego staje się źródłem zysków dla wąskiego grona posiadaczy. Ukrywa się też jeszcze innego typu problem: co by się stało, gdyby mieszkańcy Afryki i Azji, Ameryki Łacińskiej i Europy Wschodniej, zażądali podobnych standardów życia, które są udziałem mieszkańców Europy Zachodniej i Ameryki Północnej? Standardów – dodajmy – których uzyskanie było możliwe tylko dzięki kolonialnej eksploatacji reszty globu, w tym rabunkowej gospodarki zasobami naturalnymi planety.

Inaczej mówiąc ekologia, która pod abstrakcyjnymi hasłami broni środowiska naturalnego, nie patrząc na wyzysk i eksploatację człowieka przez człowieka, ma klasowy charakter „wywłaszczania” ludzi z prawa do życia w zdrowiu i czystym otoczeniu, staje się ideologią, która strzeże interesów bogatych elit i skazuje większość mieszkańców planety, aby żyli na kapitalistycznych peryferiach.


2.

Przemysł energetyczny i wydobywczy należący do państwa, jest często przedstawiany jako archaiczna, biurokratyczna struktura, która przynosi korzyści tylko technokratom rodem z PRL-u. Tymczasem na miliardowych obrotach i ostatnio całkiem niezłych zyskach, żerują inne branże – o pozornie czystym i nowoczesnym obliczu. Jakiś czas temu, w książce „Globalizacja a konflikty lokalne” (wydanej na początku 2002 roku), poświęciłem kilka linijek temu problemowi. Moja teza była taka, że cała branża przemysłu wydobywczo-energetycznego znalazła powiązania z inną działalnością. Jednym z dobrych przykładów tego typu związków była wówczas firma Elektrim. „Elektrim S.A. – czytaliśmy w 2001 roku na stronie internetowej przedsiębiorstwa - jest jedną z największych spółek w Europie Środkowej i Wschodniej notowaną na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Od roku 1999 realizuje program restrukturyzacji, w wyniku którego przekształcił się w wiodącą firmę branży telekomunikacyjnej i energetycznej. Elektrim, przez swoją spółką zależną Elektrim Telekomunikacja, posiada większościowy udział w PTC Era - największym operatorze telefonii komórkowej w Polsce (...) Polska zdecydowanie wkracza w Erę Informacji. Elektrim ma szansę odegrać znaczącą rolę w tej rewolucji". „Zainteresowanie Elektrimu energetyką - czytamy w innym miejscu - stanowi drugi [obok telekomunikacji], żywotny element strategii Grupy. Jej dążeniem jest utworzenie pierwszej i jedynej zintegrowanej grupy energetycznej, co pozwalałoby jej czerpać korzyści ze znaczącej synergii między posiadanymi zasobami energetycznymi i telekomunikacyjnymi. Dawałoby też bardzo atrakcyjne możliwości przychodów zarówno z jej obecnych aktywów w sektorze energetycznym, jak i z usług związanych z energetyką”. Holding Elekrimu był wówczas m.in. w posiadaniu 38,5% akcji Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin S.A., ulubionego dziś wroga Greenpeace, który dostarczał 10% łącznej produkcji energii elektrycznej w Polsce. W przypadku drugiego operatora sieci GSM (Plus) firmy Pomkomtel udziałowcami były w początkowej fazie, w znacznej mierze (blisko 60%) firmy związane z przemysłem energetyczno-wydobywczym i paliwowym: Polski Koncern Naftowy ORLEN SA - 19,6%, KGHM Polska Miedź SA - 19,6%, Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA - 16,1% i Węglokoks S.A. - 4,0%. Ich „państwowe” możliwości kapitałowe były kołem zamachowym dla – już dziś sprywatyzowanej – telefonii komórkowej. Jej rozwój łączył się z setkami większych i mniejszych konfliktów z lokalnymi społecznościami na tle budowy wież przekaźnikowych, powstających często przy jawnym naruszeniu procedur konsultacyjnych.

Można się oczywiście zastanawiać czy telekomunikacja faktycznie jest bardziej „czysta”, kiedy mówimy o produkcji milionów aparatów komórkowych i wszelkiego typu z tym związanych akcesoriów jak np. baterie, w rygorach i standardach ochrony środowiska w Chinach czy Indonezji, i w przypadku wyjątkowego wyzysku tamtejszej siły roboczej. Wreszcie, kto zagwarantuje, że za jakiś czas, podobnie jak z globalnym ociepleniem, nie będziemy mieli do czynienia z globalnym problemem w stylu „skażenia elektromagnetycznego”? Wreszcie czy działacze Greenpeace zagwarantują, że atak na energetykę węglową w Polsce nie będzie wykorzystany, jako argument na rzecz energetyki jądrowej? A może projekt taki poprą - jak jeden z głównych organizatorów protestu w Poznaniu przy okazji Konferencji Klimatycznej, Stowarzyszenie „Lepszy Światy”, które opowiada się za energią nuklearną? Chcę przez to powiedzieć, że problemy ekologiczne, to nie są problemy tej czy innej branży globalnej gospodarki, ale pewnych ekonomicznych mechanizmów, w których tryby trzeba sypać piach, bo jeżeli one w dalszym ciągu będą funkcjonować, to doprowadzenie do likwidacji tej czy innej grupy firm nie przyniesie oczekiwanego rozwiązania.

3.
Uderzenie w przemysł wydobywczy i konwencjonalną energetykę, wbrew deklaracjom działaczy Greenpeace, nie jest protestem przeciwko polityce rządu. „Odejście od węgla”, jest wytyczną działań obecnego układu polityczno-biznesowego od 20 lat. Odbywa się to m.in. poprzez, sygnalizowane wyżej, wyssanie i sprywatyzowanie kapitałów i zasobów dotychczas państwowego przemysłu wydobywczego i energetycznego, oraz uwłaszczeniu się na nim (lub dzięki niemu) prywatnemu kapitałowi, często zagranicznemu. Nie dzieje się to z powodów ekologicznych, ale ekologia może stanowić dodatkowy argument w celu ostatecznej transformacji tej branży prawdopodobnie nie przez postawienie na „odnawialne źródła energii”, czego by chcieli działacze Greenpeace, ale na rzecz energetyki nuklearnej. Będzie to też istotna zmiana o charakterze społeczno-politycznym. Dotychczasowy system pozostawał pod kontrolą państwa, opierał się na krajowych czy wręcz lokalnych zasobach surowcowych i często oryginalnych, rodzimych rozwiązaniach technologicznych.

Energetyka jądrowa, opierać się będzie na rozwiązaniach „importowanych”. Jako indywidualni i instytucjonalni odbiorcy energii do tej pory płaciliśmy (coraz nota bene więcej) za nasze rachunki przedsiębiorstwom państwowym, mając nadzieję, że tak czy inaczej, większość tych pieniędzy zasila publiczne fundusze. Po ewentualnej zmianie, ten szeroki strumień pieniędzy trafi do kieszeni zagranicznych czy międzynarodowych korporacji. Co więcej za energię zapłacimy jeszcze więcej, a tumult wokół problemów klimatycznych już wykorzystuje się dla usprawiedliwienia wzrostu cen, bijących głównie w najuboższe warstwy społeczeństwa. Dodatkowo raz zniszczonych zasobów wiedzy i technologii (związanej z przemysłem wydobywczym i energetycznym) nie da się łatwo odtworzyć. Wyrazem tego jest m.in. postępująca degradacja polskich nauk inżynieryjnych, przejawiająca się w spadku ich prestiżu i znaczenia na międzynarodowej arenie (liczona ilością znaczących publikacji). Czy taki system społeczno-polityczny będzie bardziej ekologiczny? Czy kontrola zasobów przez lokalne społeczności, nie jest jednym z ważnych postulatów ekologicznych?

4.
Wreszcie kwestia ta ma jeszcze jeden nie mniej ważny aspekt. Powodem, dla którego dotychczasowe rządy, od 1989 roku, atakowały przemysł energetyczny i wydobywczy, było to, iż stanowił on oparcie dla silnie zorganizowanej i – z punktu widzenia władzy - nieprzewidywalnej klasy robotniczej. Przytoczę tu pogląd, który już wcześniej wyraziłem w artykule „Odrażający, brudni, źli” (opublikowanego także na łamach polskiej edycji „Le Monde diplomatique”, czerwiec 2008). Otóż neoliberalne rządy, zwłaszcza o orientacji dzisiejszego PO, mają określone wyobrażenie na temat procesów modernizacyjnych, które się dokonują, lub mają się dokonać w Polsce. Przemysł i fordystyczne zakłady pracy (ale głównie te, których historia sięga czasów PRL-u) mają ustępować usługom i zaawansowanym technologicznie stanowiskom pracy. Na drodze tej stoi „stara” i roszczeniowa klasa robotnicza, z którą walka (i z reprezentującymi ją związkami zawodowymi) jest konieczna, jeżeli kraj ma dokonać oczekiwanego skoku cywilizacyjnego. Nastawienie to najlepiej ilustrowała postawa obecnego rządu wobec strajku (na przełomie 2007/2008) w Kopalni Węgla Kamiennego „Budryk”. Atakując PAK Greenpeace, celowo czy nie, „dorzuca” swoje argumenty do walki rządu z roszczeniową, brudną, klasą robotniczą, mającą uosabiać wszystko, co w stereotypowym sensie jest antyekologiczne.

W tym kontekście właśnie Greenpeace wybrał sobie na atak przeciwnika łatwego. Dużo trudniej, a w nie mniejszym stopniu byłoby to uzasadnione, Greenpeace’owi byłoby zaatakować branżę samochodową, która w ostatnim czasie upodobała sobie Europę środkowowschodnią na miejsce inwestycji. W tym przypadku trzeba byłoby się zmierzyć nie tylko z prywatnymi koncernami, promowanymi w Polsce jako symbol rozwoju i awansu technologicznego, ale również z pewnego typu „motoryzacyjną ideologią”. Producenci samochodów, skonsolidowani obecnie w kilka wielkich międzynarodowych korporacji, skutecznie starają się odwrócić uwagę społeczną od rzeczywistych efektów ekologicznych i zagrożeń związanych z rozwojem motoryzacji. Wydają one ogromne pieniądze na promocję i reklamę, aby przekonać opinię publiczną, że samochód nie jest zagrożeniem dla środowiska naturalnego, a jednocześnie jest oznaką prestiżu społecznego. Herbert Marcuse napisał, że mamy w takim przypadku do czynienia z sytuacją, kiedy „wyroby indoktrynują, manipulują: wspierają fałszywą świadomość, która nie zauważa własnego fałszu”. Dodatkowo, w nowoczesnych fabrykach motoryzacyjnych w Polsce, Czechach, na Węgrzech czy Ukrainie, pracują robotnicy póki, co niezorganizowani, na śmieciowych formach zatrudnienia (umowy czasowe, tymczasowe, cywilno-prawne, outsourcing), pozamykani w specjalnych strefach ekonomicznych. Czy atakując te koncerny Greenpeace mógłby liczyć na taki poklask liberalnych mediów, które jednocześnie lobbują za energetyką jądrową i bronią neoliberalnych rządów?

Twierdzę, że działania Greenpeace idealnie wypisują się w neoliberalną ideologię i motywy działania. Zarówno z uwagi na cele ataków, jak też pozorowaną „opozycyjność”. To swego rodzaju fundamentalizm. Bez szerszego kontekstu politycznego i społecznego Greenpeace wyruszył na krucjatę przeciwko „niewiernym”, jednocześnie zarzucając władzy, że w dziele nawracania na „klimatyczny dogmat” nie robi dostatecznie dużo. Tego typu organizacje, jak zauważył A. Negry, odgrywają dziś podobną rolę, jak w średniowieczu zakony – są swego rodzaju interwencją moralną, często poprzedzającą interwencję zbrojną. Nie zdziwmy się zatem, jak rozbijając strajk w takiej czy innej kopalni, rząd odwoła się do argumentów skopiowanych ze stron internetowych ekologicznych organizacji. Przynajmniej niektórych z nich.

Degradacja środowiska naturalnego wymaga zmian systemowych i nie może się ograniczyć do wąskiego zakresu postulatów i działań. Ekologia przestała być z drugiej strony domeną jedynie radykalnych ruchów społecznych. Pod jej hasłami można jednocześnie „podkopać”, jak też wzmocnić obecny system sprawowania władzy – oparty od kilkuset lat na bezwzględnej eksploatacji przyrody i ludzi. Szkoda, że te wydawałoby się oczywistości, trzeba ciągle powtarzać.

Jarosław Urbański
Powrót na górę

Podobne artykuły