Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Śmieciówki grożą katastrofą lotniczą - wywiad z pracownikami LOTu w przeddzień strajku

Wywiad z pracownikami LOTu: Moniką Żelazik, przewodniczącą ZZPPiL, przewodniczącą Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego oraz kapitanem Adamem Rzeszotem, przewodniczącm Związku Pilotów Komunikacyjnych PLL LOT, został przeprowadzony w przeddzień strajku.


Kogo zrzesza Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego?

Monika Żelazik, przewodnicząca ZZPPiL, przewodnicząca Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego: Zrzeszamy stewardesy i pilotów. W statucie ZZPPiL mamy zapisane, że nie możemy przyjmować nikogo "z ziemi", ale statut można zawsze zmienić, może tego dokonać walne zebranie członków ZZPPiL. Ludzie do nas dzwonią, chcą się zapisać, zwłaszcza po ostatnich rozczarowaniach związkami zrzeszającymi pracowników naziemnych. Kilkunastu z naszych członków to piloci i stewardesy na umowach tzw. B2B, czyli "Business-to-Business" - to jest po prostu samozatrudnienie, czyli umowa śmieciowa. Generalnie wśród stewardes i pilotów mamy spory problem z tą formą zatrudnienia. Wkrótce dojdziemy do momentu, kiedy już połowa pracowników będzie na umowach śmieciowych.

W innych zakładach kontrakty B2B umożliwiają wpływ na godziny  pracy, na stawkę za godzinę i inne warunki pracy. U nas kompletnie nic: dostajesz kontrakt i zasadniczo musisz się do niego stosować, nie ma płatnych urlopów. Masz po prostu 10 dni wolnych z rzędu, które musisz wziąć w określonym terminie. Przez pierwsze dwa lata, kiedy wprowadzili B2B, było tak, że personel latający na tych umowach, nie miał żadnych praw wynikających z kodeksu pracy, choćby skomasowanych dni wolnych, ludzie nie odpoczywali. Zasadniczo sytuacja zmieniła się po kilku głośnych incydentach opisanych w prasie, kiedy pracownicy zatrudnieni na takich warunkach (ochroniarz i anestezjolog) zmarli w trakcie pełnienia obowiązków służbowych. Prezes LOTu Rafał Milczarski stosował tę samą patologię wobec pracujących w kokpicie i na pokładzie. System pracy wielozmianowy polega również na tym, że pracujesz w weekendy i wszystkie święta, nikt nie upomina się o nasze prawa do wolnej niedzieli. Przepisy kodeksu pracy wyraźnie wskazują, że wystarczy mieć jedną wolną niedzielę w miesiącu.

Piloci na śmieciówkach? Czy to nie jest zagrożeniem dla całej załogi i pasażerów?

Kapitan Adam Rzeszot, przewodniczący Związku Pilotów Komunikacyjnych PLL LOT: Jako piloci cały czas musimy być w znakomitej formie. Raz do roku, jesteśmy poddawani bardzo szczegółowym badaniom medycznym. Teoretycznie nie możemy być w niedyspozycji zdrowotnej. Przez zatrudnianie śmieciowe, zmusza się pilotów i stewardesy do przychodzenia w niedyspozycji psychicznej lub zdrowotnej do pracy. Oznacza to że – i mówię tu z pełną odpowiedzialnością – wkraczamy w obszar bezpieczeństwa lotniczego.

Absolutnie nie może być takiej sytuacji. Nawet zwykły katar, który tu na ziemi jest niezbyt uciążliwy, w samolocie na wysokości, kiedy spada ciśnienie, skutkuje tym, że taka osoba może mieć perforację ucha środkowego i po prostu traci słuch. Nie można sobie na takie coś pozwalać. Przy zmianach wysokości na wznoszeniu i zniżaniu występują silne bóle głowy, np. przy zwykłym zapaleniu zatok ból bywa tak mocny, że pilot nie jest w stanie zająć się kontrolą samolotu. Takie przypadki zdarzają się bardzo często, w naszym zawodzie to choroby przewlekłe, zapalenie ucha pracownicy pokładowi mają średnio raz na kwartał. Obecnie ilość takich niebezpiecznych przypadków jest bardzo duża. Gdy piloci są zatrudniani na śmieciówkach, to bezpieczeństwo pasażerów jest zagrożone.

Monika Żelazik: Oprócz umów śmieciowych, prezes, niby zwolennik profesjonalizmu, przekazuje dowodzenie niedoświadczonym osobom. Te problemy się zazębiają. Piloci mieli swój kodeks, zbiór zasad pilotów, który przygotowywał ich na każdym etapie kariery zawodowej do pilotowania coraz trudniejszego typu samolotu. Trzeba było wylatać mnóstwo godzin na jednym typie i dopiero po kilku latach, wraz z rosnącym doświadczeniem przechodziło na większy samolot, który uważany był w hierarchii za lepsze stanowisko. W ostatnim miesiącu już dwie osoby zostały przyjęte, spoza firmy na stanowisko pierwszego oficera samolotu Boeing 787.

To jest skandal i zagrożenie nie tylko dla nas, ale również bezpieczeństwa pasażerów. Żadna licząca się linia na świecie, nie pozwala sobie na takie ekstrawagancje, to mogą być świetni piloci, ale nigdy nie latali tym typem samolotu. Ich szkolenie będzie tak samo kosztowne, jak każdego innego doświadczonego pilota, który pracuje w LOT od kilku lub kilkunastu lat. To jest właśnie zarządzanie poprzez brak wyobraźni.

Mamy już osoby na kierowniczych stanowiskach bez umowy o pracę, z 4 letnim doświadczeniem, które mimo całej sympatii, nie są w stanie dowodzić zespołem, który lata 20 lat! Sytuacje w samolocie są zawsze zaskakujące i ci ludzie nie mają doświadczenia w ratowaniu życia ludzkiego, nie wiedzą jak zachować się w sytuacji awaryjnej. Tego nie da się nauczyć z książek, to trzeba przeżyć. Młodzi pracownicy są nam bardzo potrzebni, ale wyobraźcie sobie niestandardową sytuację, w której ma dowodzić pracownik, który po pierwsze nie ma umowy o pracę, a po drugie brak mu pewnych odruchów. Wielokrotnie udzielamy pomocy medycznej, podajemy tlen, ratujemy życie ludzkie. Mamy wiele przypadków, kiedy używamy defibrylatora, przywracamy akcję serca, to opanowanie wynika właśnie z doświadczenia. Ten pierwszy raz, kiedy człowiek umiera na twoich rękach, a ty przecież nie jesteś lekarzem, jesteś zwykłą stewardesą, nieprzygotowaną psychicznie na takie zdarzenie. Zarząd miał być dobrą zmianą dla nas wszystkich, a okazuje się, że jest najgorszą z powodu braku wyobraźni i doświadczenia w lotnictwie. Żadna szkoła na świecie, żaden papier nie jest porównywalny z doświadczeniem.

Chcecie wprowadzenia regulaminu wynagrodzeń i układu zbiorowego?

Monika Żelazik: To jest dla mnie coś niezrozumiałego, paraliżującego, żeby ktoś kto lata 20 lat w zamkniętej konserwie, pozostaje bez przerwy do dyspozycji pracodawcy, pracuje w niedziele i wszystkie święta, wstaje o każdej porze dnia i nocy (deficyt snu jest najbardziej odczuwalny w tym zawodzie) dostawał 3-3,5 tys. brutto.

W wypadkach samolotowych ginie personel latający, a nie zarząd spółki, to my ulegamy wypadkom w pracy, jesteśmy bez przerwy narażeni na choroby, pasażerowie z kaszlem, katarem, dzieci z wirusem i już leżysz przez tydzień, nikt ci za to nie odda pieniędzy. Odwołują lot – tracisz nalot i pieniądze, ale tylko personel, nie zarząd. Zarząd wypłaca swoim czterem członkom premie w wysokości 2,5 mln zł.

Pracujemy 45 godzin miesięcznie, które musimy wylatać, ale to 45 godzin spędzone w powietrzu, nie w samolocie na płycie lotniska, który np. z powodu burzy czeka kilka godzin na start. Możesz mieć np. 117 godzin pracy, ale tylko 45 godzin lotu. I za to dostajesz te 2,5 tys. zł, 3,5 tys. zł, lub 4,5 tys. zł brutto – to jest kwota bazowa.

Ludzie często spędzają w pracy 120 lub 130 godzin – zależy jaki masz ustalony plan pracy, na który nie masz żadnego wpływu. Jeżeli siedzisz w samolocie przez 10 godz., z jakiegokolwiek powodu, czasami przeprowadzasz wszystkie czynności przygotowawcze i po 10 godzinach ten samolot się nie oderwie od ziemi, to ty za to nic nie dostajesz – żadnego wynagrodzenia. A prezes mówi, że mieści się to w twojej pensji podstawowej.

Tak samo loty „na pasażera”. W związku z rozrostem ilości połączeń i niestety brzegowym planowaniem, bardzo dużo latamy w charakterze pasażera - to jest czas, za który nam nie płacą, uważają, że jesteśmy wtedy w domu, a nie w pracy.

Dla przykładu płacą nam za lot w jedną stronę, wracamy bezpłatnie na pasażera, albo np. mamy 5 odcinków krajowych i któryś odcinek wykonujemy jako przebazowanie załogi, to ten lot jest bezpłatny. Gdybyśmy np. zarabiali 6 tys. brutto, bez dodatków, to wtedy jeśli jesteś chora, po prostu nie przychodzisz do pracy. A ludzie naprawdę latają chorzy, żeby wyrobić ten dodatkowo płatny czas pracy w powietrzu. Praca na akord, jak przy taśmie, nie ważne w jakim stanie, musisz być, bo nie będzie nic poza płacą podstawową.

Adam Rzeszot: Często spotykam się z taką sytuacją: kiedy jeden z pilotów jest chory, to na kapitana spada obowiązek niedopuszczenia takiego pilota do lotu. I teraz dochodzi do takiej sytuacji: nie ma dyżurów, a kiedyś były. Za dyżury trzeba zapłacić, firma wycofała się z tego, więc dyżury są telefoniczne. Taka sytuacja najczęściej występuje bardzo krótko przed rozpoczęciem lotu, jeszcze kiedy jesteśmy na sali briefingowej i trzeba szybko ściągnąć kogoś na ten lot. Znaczy to, że na pewno będzie opóźnienie. Po drugie, narażamy tę osobę na ryzykownie szybki przyjazd, często wbrew instrukcji operacyjnej nie mówiąc już o kodeksie drogowym, bo trzeba się bardzo spieszyć. To nie ja powinienem takie decyzje podejmować, powinny być do tego regulacje. Kiedyś było tak, że pilot nie musiał brać zwolnienia lekarskiego, wystarczyło że poinformował o swojej niedyspozycji i wtedy zgodnie z prawem nie mógł wykonywać lotu. To wynikało z medycyny lotniczej, która niby jest, ale gdzieś obok nas, bo biznes ją po prostu wyrugował.

Od czego zaczął się obecny konflikt z zarządem LOTu?

Monika Żelazik: Do 2013 r. w firmie funkcjonował zakładowy układ zbiorowy pracy, on został wypowiedziany w 2013 r. przez prezesa Mikosza. Pomimo tego, że Mikosz wprowadził ramowe wytyczne oszczędności, to dostał półtora miliona złotych odprawy od spółki. Ramowe wytyczne ścięły wynagrodzenia w pionie lotniczym o ponad 30 proc. Kilka odważnych osób pozwało firmę do sądu.

Konflikt zaostrzył się, kiedy w kwietniu 2016 r. obecny prezes Milczarski zaczął donosić na swoich pracowników do Straży Granicznej. Dostali telefoniczne polecenie drobiazgowego kontrolowania załóg podczas przechodzenia przez kontrolę celną na lotnisku, wertowali bagaże i szczegółowo dopytywali poza procedurą czy ukradliśmy coś z samolotu. Wielka obława miała zgarnąć wielką szajkę w kwietniu 2017 r. dwa dni przed świętami wielkanocnymi. Okazała się wielką klapą i kompromitacją tego zarządu, ale mimo braku dowodów odbyły się pokazowe manewry, najpierw próba zwolnienia dyscyplinarnego wobec dwóch osób, groźby, wyzwiska, poniżanie, szarganie wizerunku. W efekcie na komisariat trafiły jakieś sfałszowane przez prawnika lotu dokumenty, delivery slip nie z tego dnia, ten człowiek do dziś pracuje i reprezentuje zarząd, pomimo sprawy w komisji etyki i wielu błędów prawnych, których się dopuszcza w każdym piśmie skierowanym do związków zawodowych. W tej firmie stosunki społeczne wyglądają tragicznie. Komisja etyki to ludzie, którzy byli pociągnięci do odpowiedzialności właśnie przed komisją etyki!

Dlaczego dzisiaj (1 maja) nie doszło do strajku?

Monika Żelazik: Zarząd spółki usiłuje nas podzielić. Bardzo żałuję, że ten strajk się nie odbył, taką decyzję podjęli pracownicy, a ja szanuję wolę członków związku. Jeszcze wczoraj ludzie być może czuli, że nie wykorzystano wszystkich możliwości na porozumienie, tchórzliwa postawa malutkiego i niereprezentatywnego związku Solidarność i pozostałych dwóch związków, przyczyniła się do tej decyzji. Prezes mocno nad tym pracował, dzwonił do nich, nagabywał, dzwonili też do przewodniczącej konfederacji pracy, ale ta dziewczyna ma jaja, jest stewardesą. Na ziemi nie ma prawdziwych działaczy związkowych. Przewodniczący Solidarności 80 poczuł się tą sytuacją zażenowany i nie mógł uwierzyć w to, co się stało, mamy jego poparcie.

Wcześniej kilkadziesiąt pracowników „z ziemi” zgłosiło się do nas, żeby móc zagłosować w referendum strajkowym, my zastanawialiśmy się jak to zrobić. Obserwator zarządu spółki tkwił przy urnie jak cierń, łypiąc okiem, zastraszali ludzi telefonami. Następnego dnia pracownicy zrezygnowani dzwonili i przepraszali, mówili, że już do nich dzwoniono, że nie mogą brać udziału w referendum strajkowym, bo szykują im wypowiedzenia.

Referendum zrobiliście, tymczasem prezes straszy w mediach, że sąd wydał orzeczenie, że strajk dzisiaj byłby nielegalny.

Monika Żelazik: Bzdura, nie ma wyroku sądu, to jest zwykłe nieprawomocne orzeczenie, które nawet nie zostało nam, ani żadnemu ze związków doręczone. Sąd się z nami nie kontaktował od 6 kwietnia. Druga sprawa, od 6 do 21 kwietnia trwało referendum strajkowe (nie sądziliśmy, że aż 885 osób weźmie udział, to było dla nas pozytywne zaskoczenie). 25 kwietnia mieliśmy walne zebranie i zostały na nim ogłoszone wyniki. Obwieścić decyzję o strajku (to jest decyzja pracowników) może jeden związek. Prezes ma kiepskich doradców, a oni nikłą znajomość kodeksu pracy i ustawy o związkach zawodowych.

Powrót na górę